Szekspir wiecznie żywy

winters-tale-branagh-dench-large

„Zimowa opowieść” to przede wszystkim wielki powrót Sir Kennetha Brannagh na deski teatru i do twórczości Szekspira.

Każda epoka ma swojego Laurenca Olivera. Pokolenie powojenne zachwycało się rolami szekspirowskimi Laurenca Olivera, my natomiast możemy podziwiać w tych samych rolach Kennetha Brannagha, który nie tylko postanowił wrócić na West End, i założyć swoją grupę teatralną, ale również znów zająć się Szekspirem.

Jako pierwszą sztukę Brannagh postanowił wystawić na deskach swojego teatru adaptację „Zimowej opowieści”, jednej z ostatnich sztuk Williama Szekspira. Dla polskiego czytelnika i widza, wybór akurat tej sztuki może być zaskakujący, bo nie jest u nas zbyt dobrze znana. A szkoda, bo gdyby nie historia księcia mazowieckiego Siemowita, spisana przez kronikarza Jana z Czarnkowa, to nie byłoby, najpierw romansu pasterskiego Roberta Greena z 1590 roku, a następnie sztuki Szekspira. A szkoda, bo to chyba jedna z lepszych sztuk problemowych Szekspira, która opisuje takie aspekty życia jak zazdrość, samotność, odrzucenie, ale też smutek związany ze stratą najbliższych osób i radość po ich odzyskaniu.

The-Winters-Tale-photos-8

„Zimowa opowieść” wymyka się jakimkolwiek schematom i próbom przyporządkowania do konkretnego gatunku. Nie jest to typowy romans czy też tragedia. Jest w niej za to typowa dla Szekspira, zwłaszcza jego ostatnich dzieł, „magiczność” (wystarczy wspomnieć w tym miejscu „Burzę”).

Jak zatem, z tą wymykającą się wszelki schematom sztuką, poradził sobie duet Kenneth Branngh i Rob Ashford? Przede wszystkim udowodnili, że Szekspirem wciąż można się bawić, niekoniecznie go unowocześniając na siłę. Ich wizja „Zimowej opowieści” jest czystą przyjemnością obcowania z Szekspirem. Można pokusić się o stwierdzenie, że w tej adaptacji wszystko jest magiczne, bajkowe, ale zarazem tajemnicze. Wszystko to za sprawą świetnie zagranych postaci. Tę różnorodność szekspirowskich charakterów dobrze widać na scenie. Nazwiska takie jak Dench, Brannagh oznaczają nie tylko komercyjny sukces, ale tez wysoką wartość artystyczną spektaklu.

Spektakl zaczyna się niczym jak w „Opowieści wigilijnej” Dickensa, aby potem przynieść smutek i niepokój, które, jak to w życiu bywa, często pojawiają się znienacka i zaskakują w najmniej oczekiwanym momencie, burząc tym samym tę idylliczną wizję dickensowskiej zimy, przynosząc skostniałe niczym lód serca i dusze mieszkańców Sycylii. Przeciwwagą dla zamarzniętej i smutnej Sycylii, jest tętniąca życiem i radością Bohemia. A spektakl jest wyjątkowo mroczny.

„Zimowa opowieść” to przede wszystkim przyjemność dla oczu i duszy widza. Wyśmienite aktorstwo, wspaniała scenografia. Kenneth Brannagh po raz kolejny udowadnia, że Szekspir jest ponadczasowy, a przy okazji może przynieść sukces kasowy.

Na sam koniec, sprawa literówek. Nie będę się wypowiadać na ten temat. Dopiero po spektaklu dowiedziałam się z internetu o błędach. Sprawa jest bardzo prosta, nie czytałam ich.