Najlepszego Doctora można spotkać w Krakowie

wide_whomanikon_logo1

Druga edycja Whomanikonu w Krakowie za nami. Ochłonęłam, przemyślałam i w przededniu premiery dziesiątej serii mogę wrócić pamięcią do najfajniejszej imprezy konwentowej, w której brałam udział ostatnimi czasy.

To był jednak szalony tydzień, który dziwnie przedłużył się do prawie dwóch szalonych tygodni. Żeby było zabawniej, to wszystko miałam przygotowane do pracy, pod kontrolą, pełna organizacja. Może to zmęczenie? W międzyczasie zdążyłam jeszcze się przepakować na samolot i do domu na święta. Cofnijmy się jednak do weekendu z początku kwietnia, a może nawet wcześniej.

Kiedy pojawiła się informacja, że na początku kwietnie odbędzie się druga edycja Whomanikonu w Krakowie, wiedziałam, że nie mogę jej odpuścić. Nie ma w sumie różnicy w czasie podróży czy jadę z Poznania do Krakowa pociągiem, czy z Budapesztu do Krakowa autobusem. Różnica jest tylko taka, że w autobusie nie poczytam. Za bardzo trzęsie.
Pomysł na temat referatu pojawił się w mojej głowie nagle. Wiedziałam, że muszę zaprezentować w niej wesołą twórczość fanów. Dodatkowo jakiś czas temu zainteresowała mnie kwestia sprzedaży praw do emisji Doctora i czasy przed erą satelity i Netflixa. Wiedziałam, że skoro teraz mieszkam na Węgrzech, to wątek węgierski musi się pojawić.

Wszystko miałam przygotowane w jak najmniejszych szczegółach, prezentacje dopracowywałam jeszcze do samego końca. Złośliwość rzeczy martwych jednak i prezentacja postanowiła mi nie zadziałać. Na wszelki wypadek wrzuciłam jeszcze do chmury, ale ta też odmówiła posłuszeństwa, tzn takie były dobre zabezpieczenia przed wejściem do chmury, że nie mogłam do niej wejść nie z mojego komputera.

Najważniejsze jednak, samo wydarzenie. Tak się cieszę, że tegoroczna, druga, edycja była dwudniowa. Pozwoliło to wziąć udział w większej liczbie prezentacji i paneli. Można było wszystko jeszcze lepiej sobie zaplanować. Dwa dni i impreza darmowa, wielkie ukłony dla ekipy Gallifrey.pl. Nie wiem, jak Wy to robicie, ale jesteście Mistrzami (w pozytywnym tego słowa znaczeniu) w organizacji. Chyba jedną z największych atrakcji była oczywiście TARDIS i Dalek, który straszył zarówno w Artrece, jak i przed nią. Zresztą miejsce jest samo w sobie fantastyczne dla tego typu eventów. Szkoda, że nie ma takiego w Poznaniu. No dobrze, jest CK Zamek, ale za w Artrece jestem zakochana. Trochę żałuję, że tak bardzo w pośpiechu i lekkim zwariowaniu odbywał się u mnie w tym roku Whomanikon. Mimo to znalazłam czas, żeby posłuchać wykładów, które sobie zaplanowałam. Skutkiem teraz jest Wielkanoc z klasycznym Doctorem Who. Mój tata przy okazji się dokształcił z Doctora, albo inaczej, uporządkował sobie i się mocno wkręcił w idee „święta z klasykami”.

Drodzy Cosplayerzy! Jestem pod wrażeniem dla Waszej kreatywności talentu i pomysłowości! Sister of Plenitude, wciąż jestem pod wrażeniem.

Zrzut ekranu 2017-04-14 o 10.32.54

No dobrze, musi być też trochę prywaty. Panel poświęcony 12 Doctorowi, w którym brałam udział. Przede wszystkim wielkie podziękowania dla moich współpanelowców: Joanna Byszuk, Ginny
Dominik Śnioch i Mateusz Kozielski. Ale z chęcią powtórzyłabym naszą dyskusję jeszcze raz! Naprawdę! Dawno z nikim mi się tak dobrze, że rozmawiało na temat Dwunastego Doctora. Zresztą panelowanie z Wami to czysta frajda i przyjemność. Co do Dwunastego Doctora, to obiecuję niedługo odnieść się też na blogu. Wyjaśnić to, czego nie zdążyłam, zwłaszcza o co chodzi m z tym wiekiem. Albo inaczej, zebrać jeszcze raz, w jednym miejscu i na papierze (monitorze) to, co mówiłam.

Whomanikon to impreza, której wciąż brakowało. Jest sporo konwentów, ale często ten Doctor Who jest gdzieś bardzo na marginesie. Wejście do biblioteki w Krakowie, uświadamia mi, jak bardzo lubię ten serial, jak jest ważną częścią mnie, i jak dobrze, że jest więcej takich osób. Akumulatory podładowane na długo.

—-
Niezwiązane z Whomanikonem. Jeśli chcecie wpaść do Budapesztu, to zapraszam. Jednak jeśli przyjdziecie wieczorem na dworzec autobusowy w Krakowie na Polskiego Busa, to się nie przeraźcie. Ilość ludzi, która mogłaby zapełnić Airbusa i wielkie zamieszanie. Pojechałam w końcu drugim autobusem z Warszawy, w który było mniej ludzi. 6 rano w Budapeszcie, na szczęści do mieszkania nie miała za daleko. Prysznic, dwie godzinki snu i w pracy od 12 do 17. Tak, to można było zrobić i dałam radę, i nawet z sensem mówiłam.