Jak Doctor z Dalekiem pakt zwierali

images

Za nami pierwszy w Polsce Whomanicon, czyli wielkie święto fanów Doctora Who. Był Doctor, a raczej Doktorzy, Dalekowie, a nawet Płaczący Anioł.

Po każdym wyjeździe, czy to na konwent, koncert, czy wycieczkę wraca się często potwornie zmęczonym, ale szczęśliwym. Zmęczenie, które dopadało mnie w pociągu, nagle znikło. Endorfiny wciąż działały, ba nawet nie pozwalały spać! W każdym razie dojechałam z mini Dwunastym Doktorem do domu, odpoczęłam, wyspałam się i mogę w końcu zasiąść do komputera, aby napisać parę słów od siebie po Whomaniconie.

Ten konwent był dla mnie szczególny. Przede wszystkim w całości poświęcony był mojemu ukochanemu serialowi i fandomowi. Po drugie pierwszy raz jechałam na konwent z referatem, co było dla mnie nie lada wydarzeniem. Oczywiście stres mały był. Argument, który towarzyszył mi już na studiach, że przecież działam w radiu, to na pewno się nie mogę denerwować podczas wystąpień publicznych, jest nietrafiony. Radio, praktyki czy prowadzone przeze mnie lekcje, to zupełnie coś innego. W radiu gdzieś podświadomie siedzi w człowieku, że ktoś go słucha, ale przed sobą widzi się znajomą twarz osoby realizującej program. Na lekcji widzi się twarze uczniów, którzy albo słuchają, albo dobrze udają, że słuchają, albo po prostu myślami są zupełnie gdzie indziej i nawet nie stwarzają pozorów, że są zarówno ciałem i duchem na zajęciach.

Stres bardzo szybko minął, tak szybko jak znika i pojawia się TARDIS. Pomogło też to, że mówiłam o tym co mnie interesuje, do osób, które dzielą ze mną swoją pasję. Wspaniali Whovianie. Przecież to cudowny fandom cudownych ludzi!

Kiedy dotarłam do Arteteki, odebrałam identyfikator, zaczęłam rozglądać się, gdzie tu pójść, żeby na spokojnie opracować strategię wzięcia udziału w jak największej liczbie prelekcji. Była to rzecz niezwykle skomplikowana, bo co tu wybrać, kiedy w tym samym czasie są referaty, na których chciałabym się znaleźć. Pierwsza rzecz, jaka wpadła mi w oczy, a przeoczyć ją było bardzo trudno, była oczywiście TARDIS. Prawdziwa TARDIS, która wylądowała w Krakowie. A historia jej powstania opowiedziana przez fantastycznych właścicieli tej niebieskiej budki, czyli Beatę i Piotra, po prostu zmiękczyła moje twarde niczym u Daleka serce. TARDIS to na pewno była największa atrakcja konwentu. Tak strasznie żałowałam potem w pociągu, że nie dane było mi zbudować swojej TARDIS, bo zamiast pięciu godzin w głośnym przedziale, pięć sekund zajęłoby mi dostanie się do Poznania.

10406959_827463397360034_7780090679051298202_n

Takie konwenty to przede wszystkim możliwość poznania nowych osób i spotkania znajomych, o których istnieniu nie miałeś pojęcia jeszcze parę godzin wcześniej. Okazuje się nagle, że można porozmawiać z nimi o fandomie, jakbyśmy znali się bardzo długo już od wielu lat. Cieszę się, że przetarłam szlaki. Ciekawie jest stanąć na konwencie po tej drugiej stronie, a nie tylko siedzieć na podłodze opartą o nogi nieznajomego i słuchać czy o Doctorze, czy o innym fandomie.

Oczywiście, co roku jest Pyrkon, na których chodzę (w tym roku oczywiście plan też jest być na Pyrkonie), jednak jest to chodzenie i wyłapywanie z tłumu osób w cosplay’u Doctora, River czy TARDIS. Co do cosplay’ów na Whomanikonie, byliście niesamowici! Chciałabym mieć w sobie takie pokłady kreatywności, żeby stworzyć takie przebrania. Płaczący Anioł był tak realistyczny, że przechodząc koło niego bałam się aż mrugać.

Organizatorom Whomaniconu należą się wielkie gratulacje i podziękowania za organizację! Jesteście wspaniali!

Dziękuję też za miłe słowa, które do mnie i Mini Petera potem docierały! To było przemiłe!