Nothin’ much to say I guess

maxresdefault

Po latach oczekiwań fanów U2 zaskoczyło wszystkich i wydało płytę. Jeszcze w jakim stylu. Było tylko kwestią czasu, kiedy zespół wyruszy w trasę, aby ją promować. Pełna emocji, z naładowanym na parę miesięcy akumulatorem, wróciłam z koncertu U2 w Berlinie.

Od samego początku musiało coś stawać mi na przeszkodzie. Nieudana próba kupna biletu w otwartej sprzedaży, potem jakiś dziwny system SMS-owy, który mnie zniechęcił, potem dołożone dwa kolejne koncerty i znów nieudana próbna kupna biletu. Na szczęście pojawiły się dobre dusze i mogłam pojechać na koncert (co bym zrobiła bez tych wspaniałych, dobrych dusz?). Ostatni z czterech koncertów w Berlinie, długo wyczekiwany; Prawie równo pięć lat od koncertu w Wiedniu (bez jednego miesiąca). Nawet ostatni etap, czyli podróż do Berlina była z przeszkodą, wszystko przez remont torów po niemieckiej stronie. Ale udało się. Dotarłam.

W oczekiwaniu w kolejce na koncert, zdałam sobie sprawę, jak bardzo nie mogłam się doczekać występu U2, a uczucia do czwórki z Dublina ani przez moment nie przestały być tak żarliwe i gorące, jak były na początku znajomości. Przez ostatnie miesiące i tygodnie udało mi się uniknąć wszelkich informacji. Nie wiedziałam jak wygląda setlista, jak wygląda scena i co niesamowitego serwuje na nowej trasie zespół. A było to zadanie niełatwe. Mogę wręcz powiedzieć, że wymagało dużego wysiłku. Na ten czas nie sprawdzałam żadnych kont zespołu w mediach społecznościowych, na naszym wspaniałym forum unikałam wątków koncertowych (wcale na nie nie zaglądałam). Kiedy moi znajomi wrzucali an Facebooka filmy z Youtube’a lub jakieś informacje, szybko scrollowałam na dół. Udało się. Dopiero przed koncertem zostało mi wytłumaczone, jak wygląda scena (JAK CO?!) i gdzie mam biec. Dzięki unikaniu spoilerów przeżyłam jedno wielkie zaskoczenie, szok. Uśmiech od ucha do ucha nie schodził mi z twarzy. Cieszyłam się jak małe dziecko, które zostało zabrane do Disneylandu. Ten koncert był niczym Disneyland. Prawdziwy rollecoster emocji, zabawy, śmiechu. Mogę dorabiać filozofię, że o The Troubles szczerze potrafią śpiewać tylko zespoły z Irlandii Północnej. Ale nie o to chodzi. Moje historyczne spojrzenie na konflikt muszę odłożyć na bok.

12032043_10207410363154961_7562428626394158281_n

A sam koncert? Magia! Może być magia Doctora, może też być magia U2. Adam Clayton jest Władcą Czasu. Usłyszeć „Bad” na żywo to było spełnienie koncertowych marzeń, tak samo jak „40”. Dwa marzenia na jednym koncercie. Do tego wizualizacje zapierające dech w piersiach.

Jak już wspomniałam, nie byłoby mnie na tym koncercie, gdyby nie dobre dusze. Wspaniali ludzie, którzy w pewnym momencie stali się ważną częścią twojego życia. Osoby, bez których tego wszystkiego na pewno by nie było. Chyba w tym wszystkim najważniejsze jest, że są te dobre dusze i dzięki nim przeżywasz coś tak wspaniałego. Teraz po muzycznych doznaniach, spotkaniach na szczycie mogę od poniedziałku wracać do moich obowiązków. Pełna optymizmu i z nieschodzącym uśmiechem na twarzy.