Muzyka drogi

Ida

Muzyka w filmie jest dla mnie bardzo ważna. Po wyjściu z kina często dzielę mówię o tym, co usłyszałam, a nie co zobaczyłam. Muzyka nie jest dla mnie jedynie tłem historii. Jest historią samą w sobie.

To nie będzie wpis o filmie, bo już naprawdę dużo zostało napisane o „Idzie”. Zresztą, jakby to wyglądało, gdyby po paru miesiącach obudziła się i napisała recenzję filmu z 2013 roku? Poza tym, mój nonkonformizm nie pozwala mi na napisanie tekstu o filmie, który teraz wszyscy oceniają. Muszę za to napisać o czymś, co zwróciło moją uwagę podczas oglądania „Idy”, a co wypłynęło w czasie jednej z rodzinnych rozmów. Muzyka. Słuchanie jej  w „Idzie” to czysta przyjemność. Jest to też muzyka, do której musiałam dojrzeć.

Do słuchania jazzu pierwsze podejście robiłam w czasach liceum. Skoro słuchałam quasi muzyki jazzowej, coś co przypominało smooth jazz, to byłam przekonana, że przyszedł czas na coś więcej; na prawdziwy jazz. Szybko okazało się, że chyba jednak nie dorosłam do takiej muzyki. Nie mogłam się na niej skupić. Myślałam, że skoro potrafię rozpoznać dane fragmenty muzyki klasycznej, to z jazzem będzie tak samo. Duży szok przeżyłam, że tak nie jest i co z moim słuchem. Musiałam się poddać, choć płyty na półce zostały i kurzyły się przez dobrych parę lat. Powiedziałam sobie, że jeszcze to nie ten moment, może kiedyś. Wiele lat minęło i oto ten moment nastąpił. Wyjechałam na studia, postanowiłam być sumienną studentką, a uczyć najlepiej uczy mi się przy muzyce. I tak od czasu do czasu wyciągam płyty z muzyką jazzową, których za dużo nigdy nie miałam, ale zabrałam ze sobą na studia. Wieczorami słuchałam audycji z francuskimi piosenkami, których nie rozumiałam, a w nocy, ucząc się słówek, słuchałam Johna Coltrane. Odkrywałam nieznane dla mnie obszary muzyczne. Jak wielka była moja radość, kiedy oglądając „Idę” usłyszałam znaną mi dość dobrze melodię.

 Film Pawlikowskiego to nie tylko jazz, ale piękne, trochę zapomniane, polskie piosenki. Kiedy byłam nastolatką, wakacje (oczywiście nie wszystkie) spędzałam w samochodzie, w drodze pod namiot we Włoszech. Ponieważ dość szybko zanikały polskie stacje radiowe, a wtedy audiobooki nie były tak popularne, słuchaliśmy kaset. A na nich nagrane były największe polskie przeboje, które wydawały mi się wtedy dość staroświeckie, niemodne. Między innymi przez piosenkę „Miłość w Portofino” na drodze naszej podróży pewnego lata znalazł się ten nadmorski kurort. Z głośników samochodowych wydobywał się głos Sławy Przybylskiej, a ja przeklinałam, że musimy tego słuchać, a nie moich ulubionych zespołów rockowych. I jak to w życiu bywa, człowiek dorasta, przestaje się buntować, odkrywa, że muzyka, to coś więcej niż to, co do tej pory słuchał i ma trochę dość Nirvany, a nawet Floydów, których kasety znalazł u taty w szufladzie. Przy okazji jest wdzięczny rodzicom, że otaczały go w dzieciństwie właśnie takie piosenki, bo dzięki nim miał okazje słuchać pięknych melodii.

 „Ida” to faktycznie film po części o popie, rocku i jazzie. Muzyka odrywa w nim niezwykle ważną rolę, o czym zapominamy lub nie zdajemy sobie z tego sprawy. Film przypomniał mi piosenki, o których zapomniałam, a które były, i wciąż są dla mnie ważne, bo przypominają o beztroskim dzieciństwie, wakacjach i o tym, jak piękne kawałki powstawały w czasach młodości naszych rodziców. Do tego dochodzi to poczucie zazdrości, że tak późno przekonałam się do nich. Dlatego wracając w poniedziałek z radia, nadłożyłam trochę drogi i zaszłam do Browaru, żeby kupić płytę z muzyką z „Idy”. A na krążku nie tylko muzyka z samego filmu, ale też kawałki nim inspirowane – Tony Renis, Helen Shapiro, Katarzyna Sobczyk, Adamo.

Słuchając świeżo zakupionego soundtracka z „Idy” przypomniało mi się „Lato miłości”, film o którym zupełnie zapomniałam, bo kto pamiętam wszystkie filmy, które obejrzał w ciągu ostatnich  lat? Nawet nie sam film mi się przypomniał, co muzyka. I teraz na zmianę z głośników wydobywa się soundrtack z „Idy” i „Felt Mountain” Glodfrapp.

Aha, już nie wkurzam się, kiedy rodzice nucą w samochodzie „Miłość w Portofino” czy „18 mieć lat to nie grzech”. Nucę razem z nimi.