Na problemy Kirkman

1000x563-Q90_a3552818a0bcac4e2a74c13539ef5f00

W trakcie jednej z najbardziej nieobliczanych w ostatnich latach kampanii prezydenckich w USA, stacja ABC postawiła na kolejny serial o kulisach władzy w Waszyngtonie oraz o zmaganiach z własnymi słabościami w obliczu wielkiej próby.

Pewnie gdyby nie Netflix, to długo nie sięgnęłabym po „Designated Survivor”. Ku mojemu zaskoczeniu, serial jest dostępny na platformie na Węgrzech (w Polsce nie, ale mam nadzieję, że się to szybko zmieni). Od pewnego czasu pojawiał mi się w proponowanych, skoro obejrzałam „House of Cards” i inne polityczne seriale. I w ten oto sposób zamiast iść spać, oglądałam do pierwszej w nocy „Designated Survivor”. Jaka była moja radość, kiedy okazało się, że odcinki są udostępniane co tydzień. Przecież gdyby była możliwość obejrzenia ich wszystkich od razu, to byłabym stracona. Bo kiedy spać, kiedy zająć się pracą? Co zatem jest takiego w „Designated Survivor”, że aż tak bardzo mnie wciągnął?

Sceptyk mógłby powiedzieć, że jest to kolejny serial polityczny. Po prostu po „House of Cards” zapanowała moda na seriale polityczne, najlepiej o kulisach władzy i to na tym najwyższym szczeblu. Każda kolejna produkcja nazywana jest nowym „House of Cards”. Jednak „Designated Suvivor” nie jest nową wersją serialu o Franku Underwoodzie. I bardzo dobrze! I Frank i Tom to prezydenci Stanów Zjednoczonych, którzy swoich stanowisk nie zdobyli w wyniku wyborów. W tym miejscu wszelkie podobieństwa się kończą. Kiedy Frank Underwood jest bezwzględnym, kroczącym po trupach do celu, zwierzęciem politycznym, to Tom Kirkman (grany przez Kiefera Sutherlanda, o którym więcej za chwilę) jest jego przeciwieństwem. Franka Underwooda uwielbiamy nienawidzić, to nie możemy powiedzieć tego o Tomie Kirkmanie. Nie można go nie lubić, a jego nieporadność sprawia, że zaczynamy mu kibicować. Tom Kirkman to po prostu dobry człowiek, który trochę nie pasuje do Waszyngtonu i tego politycznego wyścigu szczurów. W ostatnich latach trudno o postać polityka w popkulturze, która uosabiałoby same dobre cechy charakteru. Do tego obserwując kampanię wyboczą w Stanach Zjednoczonych, odnoszę wrażenie, że Tom Kirkman byłby miłą odmianą i zostałby prezydentem USA. Jednak nie wszystkie postaci są tak kryształowe jak ta grana przez Kiefera Sutherlanda. Postaci drugoplanowe tworzą niezłą opozycję dla prezydenta Kirkmana, a do tego z odcinka na odcinek nie możemy ich do końca rozgryźć.

1000x400-Q90_7dff42d6d7db67f2ebb0a2a1d924f6fe

„Designated Surviver” to przede wszystkim jednak fabuła, która trzyma w napięciu, może nie od samego początku, ale z odcinka na odcinek nabiera rumieńców coraz bardziej się supła i przynosi coraz to nowe pytania. Nie powoduje to jednak, że gubimy się w wątkach. Nie można poddawać się po Pilocie. Pierwszy odcinek jest jedynie preludium do tego, co ma się dopiero wydarzyć w kolejnych częściach. Stawia pytania, na które dopiero – mam nadzieję – dostaniemy odpowiedzi. Przede wszystkim koncepcja na serial jest ciekawa. Co się stanie, kiedy prezydentem największego mocarstwa zostanie osoba, która nigdy nie chciała takiego stanowiska, nieprzygotowana do pełnienia takich wysokich funkcji? Tom Kirkman to po prostu jeden z nas. Do tego nosi okulary!

Co może trochę irytować momentami, to patetyczność, która wkrada od czasu do czasu, szczególnie w Pilocie. Wszystko przez dialogi. Uderzają w bardzo wysokie tony. „Panie prezydencie, musi być pan silny, jak nigdy dotąd, naród tego potrzebuje”. Jest to trochę nadmuchane i patetyczne. Równowaga zostaje jednak zachowana dzięki takim scenom, jak ta z Pilota, kiedy Kirkman spotyka Setha w toalecie.

Jeśli kogoś nie przekonały te argumenty, to można oglądać „Designated Survivor” chociażby dla Kiefera Sutherlanda. Jest to też miła odmiana po „24” i twardzielu Jacku Bauerze. Bo Kiefer Sutherland to przecież bardzo doby aktor! Warto podejść do nowej produkcji ABC, odrzucając wszelkie uprzedzenia. To jeden z tych seriali, które – przynajmniej u mnie – przywracają nadzieję w politykę i jej ludzkie oblicze.

Trzeba jasno zaznaczyć, że problemy, z którymi mierzy się Tom Kirkman, Jack Bauer rozwiązałby w 24 godziny. Jednak to nie jest Jack Bauer, ale pełen empatii Tom Kirkman. Chyba, że coś się zmieni w następnych odcinkach, których nie mogę się doczekać.

Ponieważ jestem teraz na tygodniowych wakacjach w rodzinnych stronach, odkopałam mój stary laptop, który pamięta czasy, jak z przerażeniem w oczach szłam na pierwszy rok studiów. Trochę czasu minęło od tego czasu, komputery też się zmieniły przez ten czas. Jeśli zabrakło gdzieś literki „r”, bardzo przepraszam. Nie jest to najnowszy model, a klawiatura dużo przeszła i dużo kaw się na nią wylało w czasie nocnych maratonów nad książkami.

Na koniec, coś do posłuchania. Wiedzieliście, że Kiefer Sutherland wydał w tym roku swój pierwszy album z muzyką country?