Kto się boi Amerykanów?

berlin-station-image-1200x630

„Berlin Station” to serial, którego głównym bohaterem jest stolica Niemiec. Przy okazji śledzimy intrygi szpiegowskie i czujemy inspiracje Johnem Le Carre. Tym razem w wydaniu amerykańskim.

Zacznijmy od samego początku. Większość seriali albo rezygnuje z czołówek (nawet tych niezłych, jak w przypadku „Grey’s Anatomy”), albo ich wcale nie ma. „Berlin Station” kupił mnie czołówką. Naprawdę. Dynamiczna, a do tego ładne kadry Berlina. Żeby było mało, ktoś wpadł na jeszcze genialniejszy pomysł i podłożył „I’m Afraid of Americans” Davida Bowiego. Bardziej berlińskiej czołówki do jednego z najbardziej berlińskich seriali ostatnich lat nie można sobie wymarzyć.

Serial jest bardziej berliński od samego Berlina. Reklama miasta pierwsza klasa. Podziwiamy, nie tylko te znane z jednodniowych wycieczek do stolicy Niemiec, zabytki, ale również te mniej reprezentacyjne miejsca. Tak ładnie przedstawionego Berlina dawno nie widziałam. A musicie wiedzieć, że jako osoba, które swoje serce oddała Hamburgowi, powinnam z całego serca „hejtować” Berlin. Dobrze, Berlin też uwielbiam. Oprócz ciekawie przedstawionego miasta, mamy przystojnych panów, którzy śmigają na rowerach po ulicach między samochodami, co jest tam przecież normalne. Do tego zapijane jest to wszystko Fritz Colą (polecam zwłaszcza tę słodzoną stewią).

Ładny Berlin, świetna czołówka. To może teraz coś o fabule? Pomysłodawcą „Stacji” jest Olen Steinhauer, znawca i spec od powieści szpiegowski. To spod jego ręki wyszły takie thrillery szpiegowsko-polityczne, jak na przykład „Turysta” czy „Wszystkie drogi prowadzą do Kairu”. Samo nazwisko powinno już przyciągnąć znawców gatunku. Pilot jego autorstwa jest bardzo poprawny. Można nawet pokusić się o stwierdzenie, że bardzo dobry. Nieźle zarysowuje nam główną oś, wokół której będzie toczyć się akcja i pozostawia widza po godzinie (aha, odcinki są pięćdziesięciominutowe) zaintrygowanego. Widz pomału zostaje wciągnięty i wprowadzony w intrygę i nie gubi się w tym, kto jest kim w serialu. Jest to ważne przy produkcjach tego typu.

Mogłoby się wydawać w tym momencie, że jest to produkcja idealna. Niestety, nie jest. Gdzieś tak w połowie trochę zaczyna rozjeżdżać się fabuła. Nagromadzenie wątków tylko komplikuje sprawę. W sumie wielowątkowość nie zawsze jest czymś złym, zwłaszcza przy serialach, jednak nie w przypadku „Berlin Station”. Niektóre z nich wprowadzane są na siłę i po prostu nic nie wnoszą do głównego wątku. Bez niektórych naprawdę nic serial by nie stracił, a na dodatek może byłby bardziej przejrzysty. Powoduje to, że tracimy oś, która powinna trzymać w ryzach całość. Robi się momentami pokrętnie, czyli odpada oglądanie serialu po dwóch piwach. To w sumie jedyny, tak poważny, zarzut jaki mam do „Stacji”. Jest też trochę rzucania stereotypami, że Niemcy to są tacy, a Amerykanie tacy, ale to bardziej wywołuje uśmiech na twarzy. Jest puszczeniem oka do widza.

Berlin-Station-cast

Oprócz Richarda Armitaga, mamy czołówkę amerykańskich i brytyjskich aktorów. Richard Jenkins, Caroline Goodall, Leland Orser (jak jego Kirsch pięknie przeklina), i oczywiście Rhys Ifans, który od samego pojawienia się an ekranie roztacza wokół siebie aurę tajemniczości. Mimo takich nazwisk, to jednak Berlin jest głównym aktorem. Dziękuję też twórcom, że nie zafundowali nam Niemców, którzy mówią z pięknym brytyjskim akcentem, nawet jeśli rozmawiają między sobą. Rozmowy toczone po angielsku, niemiecku czy arabsku dodają smaczku. Nie razi przy tym sztucznością, jak przy niektórych produkcjach, kiedy dwoje Niemców czy Francuzów rozmawia ze sobą oxfordzkim angielskim.

„Berlin Station” to hołd oddany kinu gatunkowemu, tylko tym razem na małym ekranie. Pomimo niedociągnięć fabularnych, ogląda się go dobrze. Berlin znów stał się miastem frontowym. Momentami można odnieść wrażenie, że wciąż trwa zimna wojna, ale tym razem wróg jest inny. A kto jest tym wrogiem, trzeba się przekonać oglądając serial. A jeśli ktoś pogubi się w fabule, zawsze może zostać wciągnięty przez sam Berlin.

***

Aha, na koniec mała dygresja. Po obejrzeniu „Hobbita” nie zachwycałam się, nie mdlałam na sam dźwięk nazwiska Richard Armitage. Po „Berlin Station” trochę się to zmieniło. Nie żeby od razu mdleć i piszczeć z zachwytu, ale nie powiem, cieplej się na sercu robi na widok Richarda Armitage w płaszczu z podniesionym kołnierzem, a musicie wiedzieć, że nic tak mnie nie drażni w modzie męskiej, jak te podniesione kołnierze.

Wpis powstał w ramach tęsknoty za moimi zachodnimi rubieżami. Bo Berlin to prawie już Dom.