Klasyka się broni

myszy i ludzie pic

Anna Shapiro zabiera nas w zapomniany świat, niezapomnianej jeszcze klasyki, i udowadnia, że tematy poruszane w dziele Steinbecka są wciąż aktualne.

„Myszy i ludzie” Johna Steinbecka, to dzieło klasyczne, które zostało trochę zapomniane w Polsce. Nie ma dla niego miejsca w kanonie lektur szkolny, a szkoda. Nie jest to przecież powieść obrazująca tylko losy tułaczki dwojga przyjaciół – George’a i Lenniego – podczas wielkiego kryzysu lat 30. XX wieku. Motywów, które znajdziemy w książce jest wiele, ale jest to przede wszystkim opowieść o przyjaźni, miłości, przywiązaniu i samotności, której tak bardzo się przecież boimy. Zresztą, każdemu z tych uczuć towarzyszy rodzaj strachu.

Broadway, gwiazdorska obsada i dobrze znane wszystkim dzieło nie musi oznaczać pewnego sukcesu, zwłaszcza artystycznego. Łatwo przecież popaść w patos, a co gorsza, w schemat. Na szczęście tak nie jest. Reżyserka „Myszy i ludzi” udowadnia widzom, że tematy poruszane przez Steinbecka w naszym zabieganym świecie są jeszcze bardziej aktualne niż moglibyśmy to sobie wyobrazić. Sama interpretacja powieści przez reżyserkę nie jest tak ważna, co gra aktorska. Obsadzenie w rolach głównych bożyszcza wielu nastolatek czyli Jamesa Franco było dość ryzykownym posunięciem. Na szczęście George Franco broni się. Jednak na prawdziwą uwagę zasługuje Chris O’Dowd. Ten irlandzki aktor – kiedyś powiedzielibyśmy komik – znany większości z nas z brytyjskiego sitcomu „IT Crowd” pokazuje swoją grą, że nie jest kolejną gwiazdą brytyjskiej telewizji, a aktorem z ambicjami, którego nie raz jeszcze zobaczymy w ambitnych, kasowych produkcjach. Jego gra aktorska wzbudza w widzu niepokój, a samej postaci Lenniego zaczynamy współczuć od pierwszej sceny. Również drugi plan zasługuje na uwagę, zwłaszcza Leighton Meester, jedyna postać kobieca. Aktorce udało się zaprezentować złożoność jej postaci i znaczenie, jakie miała dla rozwoju relacji między męskimi bohaterami.

franco_odowd--of_mice_and_men__photo_by_richard_phibbs

Obecnie nie raz starano się unowocześnić klasykę, wszystko po to, żeby stała się bardziej zrozumiała. Na szczęście nie tym razem. Na deskach (i na ekranie) widzimy typowy amerykański krajobraz lat 30. w Kalifornii. Jest to przede wszystkim popis bardzo dobrego aktorstwa i bardzo mądrej i rozsądnej interpretacji.

Jeszcze raz to napiszę. Dobrze, że jest NT Live i mamy możliwości oglądana tak dobrych przedstawień w Polsce.