Święty na miarę naszych czasów

1415863093

Filmy z Billem Murrayem kupuję w ciemno. Nieważne czy jest to kolejna produkcja Wesa Andersona czy film mało znanego Theodore‘a Melfi’ego.

Oglądając „Mów mi Vincent” przyszła mi na myśl jedna z moich ulubionych książek wydanych w tym roku w Polsce – „Wszechświat kontra Alex Woods” Gavina Extence’a. Relacja gburowaty starszy pan kontra dziecko, nastolatek sprawdza się nie tylko na kartach powieści, ale też na dużym ekranie. Jest to temat, który chyba nigdy się nie wyczerpie, ale trzeba umiejętnie z niego czerpać, co udowodnił Melfi.

Jest to sprawdzony scenariusz na film, który przyciągnie do kina spragnionych komedii widzów. Nie lubiący ludzi dziwak, nie pierwszej młodości, spotyka na swoje drodze odstającego trochę zachowaniem od swoim rówieśników chłopca. Każdy z nas potrafi przewidzieć, jak potoczą się ich losy. Czym w takim razie wyróżnia się „Mów mi Vincent”? Przede wszystkim w głównej roli mamy Billa Murray’a, którego pojawienie się na ekranie gwarantuje widzowi, że na pewno nie zawiedzie się na granej przez niego postaci. Murray specjalnie grać nie musi. Wystarczy, aby trochę był sobą – ekscentrykiem, który nie zważa na konwenanse i na to, co powiedzą osoby postronne. Po wyjściu z kina w pamięci pozostaje nam nie tylko Murray w roli Vincenta, ale też postacie drugoplanowe. Melissa McCarty, tym razem nie w roli komediowej, zapracowanej samotnej matki udowadnia, że potrafi wcielić się też rolę trochę dramatyczną. Natomiast Naomi Watts w roli rosyjskiej Królowej Nocy, też wychodzi poza schemat ostatnio granych przez siebie postaci. Jako fanka „IT Crowd” nie mogłam nie zauważyć Chrisa O’Dowd’a jako księdza.

134790329

Mimo niezbyt skomplikowanej fabuły – która jest największym, jak nie jedynym minusem filmu – dostajemy obraz, który ogląda się z przyjemnością. Zaletą „Mów mi Vincent”, oprócz obsady, są zgrabnie napisane dialogi, a na ekranie widać chemię między Murrey’em a debiutującym Jaedenem Lieberherem. Nie jest to film, który trzeba koniecznie zobaczyć, ale warto, dla rozrywki na niezłym poziomie.

Nie byłabym sobą, gdybym nie zwróciła uwagi na ścieżkę dźwiękową. A na niej między innymi Bronze Radio Return, The National, Bob Dylan i Jefferson Airplane. Dziś chyba będę tańczyć jak Murray. Co prawda nie do szafy grającej, ale myślę, że radio wystarczy.