Pozwólcie Doctorowi ratować świat!

14813595531doctor-who-christmas-2016-mysterio

Doctor wylądował w Nowym Jorku. Cały rok kazał na siebie czekać, a te oczekiwania momentami przypominały rok Darillium. A im dłużej się czeka, tym oczekiwania są większe.

Na odcinek świąteczny Doctora Who czeka się długo i bardzo niecierpliwie, szczególnie, kiedy czeka się równo rok. Rok bez Władcy Czasu jest trudny i tym większe są oczekiwania wobec odcinka świątecznego. Tym razem twórcy, tzn pan Moffat, postanowił zabrać nas nie do Londynu, ale do Nowego Jorku. Zresztą Steven Moffat już nie raz udowadniał, że ciągnie go do Stanów Zjednoczonych, niczym Amerykanów do sklepów w Black Friday. I co zatem wyszło ze spędzonej Gwiazdki w Nowym Jorku, zamiast w stolicy Zjednoczonego Królestwa?

Moffat postanowił puścić oko w kierunku widza i poczerpać trochę (no dobra małymi garściami) z amerykańskiej popkultury. Odcinek to jeden wielki mix popkulturowy. Oczywiście przebrytyjski Doctor, ale w tym roku do tego w gratisie superbohaterowie z amerykańskich komiksów, którzy to teraz ratują świat, są do tego młodzi i przystojni. Z jednej strony mamy Doctora (an old man), a z drugiej okularnika, który bardziej przypomina skrzyżowanie Ant-Mana, Spidermana i nerda, z którym nikt nie chciał się kolegować w szkole. Nie do końca jest to Chris Evans, ale jednak superbohater z amerykańskiego uniwersum popkulturowego. I chyba znalazłam odpowiedź na pytanie, dlaczego tegoroczny odcinek świąteczny nie dotarł do mnie. Nie jestem jakoś mocno zakorzeniona w kulturze amerykańskich superbohaterów z komiksów Marvella. Mój superbohater to zwariowany kosmita w niebieskiej budce. Jest to kolejny dowód jak bardzo zakorzeniona jestem jednak w popkulturze Wyspiarzy.

Jeśli mam jeszcze na coś ponarzekać, to na fakt, że było za mało Bożego Narodzenia w odcinku świątecznym. Gdzie śnieg (to znaczy pozostałości po kosmitach, które przypominają śnieg), choinki, mikołaje i mandarynki?

the-Ghost-the-Twelfth-Doctor-and-Nardole-promo-image-850x560

„Return of Doctor Mysterio” momentami dłużył mi się, szczególnie przy wątku miłosnym, który w zamyśle miał być bardzo wzruszający. Najbardziej jednak wzruszające, i prawdziwe, było wspomnienie River Song i smutek w oczach Doctora. Nie było to jedyne nawiązanie do zeszłorocznego odcinka świątecznego. Mózg kosmitów i przepołowiona na pół twarz też pojawiła się w zeszłym roku. Nie wiem tylko, czy było to nawiązanie celowe, czy jakoś tak skończyły się Moffatowi pomysły. Do tego miałam wrażenie, że wątki jakoś nie spinają się jedną całość, że oglądam dwa seriale, jakiś spin-off, w którym pojawia się Doctor i jakiś superbohater w śmiesznym kostiumie.

Plusy? Oczywiście najjaśniej błyszczał oczywiście sam Doctor. Władca Czasu Capaldiego wprowadzał, jak zawsze, dynamikę. Mając tak dobrego aktor a w tej roli na miejscu scenarzystów wykorzystywałabym go do granic możliwości. Na plus oczywiście ostatnia scena w TARDIS i ta koszula… Żeby nikt mi nie zarzucił, że przez ten rok bez Doctora zamieniłam się w jakiegoś okropnego marudera, to wyróżnić muszę Matta Lucasa. Jego Nardole był uroczy, zabawny, lepszy niż rok temu. Docenić też trzeba przesłanie tegorocznego odcinka, że każdy może zostać kimś wyjątkowym.

Tak, wielkie tak, dla Doctora Petera Capaldiego, którego uwielbiam w tej roli! Nie dla świąt w Nowym Jorku. Proszę na przyszły rok o cukierkowe zakończenie w świątecznej aurze, poprzedzone prawdziwymi kosmitami i wartką akcją, która trzyma w napięciu do samego końca.

Na szczęście został nam zaserwowany zwiastun dziesiątego sezonu. Na jego tle, odcinek świąteczny wypada jeszcze bardziej blado. Ale to nic, bo lepiej dostać dobry, mocny cały sezon, niż jeden odcinek na Boże Narodzenie. A nowy sezon zapowiada się wybornie. Pojawią się nowe miejsca, będzie trochę podróży zarówno w czasie, jak i przestrzeni. Mój apetyt po tym zwiastunie jest jeszcze bardziej zaostrzony. Wiosno, przybywaj!