Hobbit dotarł do celu

the-hobbit-the-battle-of-the-five-armies_images

Czekanie na grudzień i Hobbita stało się ostatnimi laty nową, około świąteczną tradycją. Na zakończenie przygody z uniwersum Tolkiena Peter Jackson zaserwował nam bitwę godna Śródziemia.

Po powrocie z kina pobiegłam do półki, aby w stercie zakurzonych książek, odnaleźć „Hobbita”. Ponieważ Tolkienem zaczytywałam się w dawnych czasach, zwątpiłam w filmowe zakończenie i zaczęłam zastanawiać się jak film wiele miał wspólnego z oryginałem, zwłaszcza, że pojawiały się głosy, które twierdziły, że „Bitwa pięciu armii” ma tyle wspólnego z książką, co najnowsza adaptacja BBC Muszkieterów z Dumasem. Pobieżne przejrzenie zakończenia trochę mnie uspokoiło. Zaraz potem pomyślałam, że nawet gdyby z powieści Tolkiena zaczerpnięte byłyby tylko postaci, to i tak nie zepsułoby mi to zabawy w kinie.

Jackson w niebywały sposób potrafił mi przypomnieć za co tak bardzo polubiłam wymyślony przez Tolkiena świat, w którym żyją krasnoludy, elfy i hobbici. Po obejrzeniu „Bitwy pięciu armii” warto właśnie sięgnąć po trylogię „Władcy Pierścieni”, bo nawiązania do późniejszego (chronologicznie) dzieła są akurat dobrym pomysłem i tworzą przez to całość nie tylko na kartach powieści, ale teraz też na ekranie. Ostatnia część niziołkowie trylogii to była jedna, wielka scena batalistyczna, która już tak bardzo nie straszy widza. Wyczyny Legolasa zaprzeczają jakimkolwiek prawom fizyki i wywołują tylko uśmiech na twarzy. Nie byłoby też wielkiej hollywoodzkiej produkcji bez wyciskającej – na siłę – sceny miłosnej. Mimo tych minusów, nie wiem kiedy te dwie i pół godziny zleciały. Ani razu też nie zerknęłam na zegarek.

the-hobbit-the-battle-of-the-five-armies-teaser-trailer-feature-legolas
Do czego mogę się najbardziej przyczepić? Za mało było hobbita w Hobbicie. Gdzieś Biblo się pojawiał, ale zaraz jego historia niknęła w odmętach bitwy i rozterkach Thorina. Zarzut tym większy, że Martin Freeman zagrał znakomicie. Odniosłam wrażenie, że z kolejną częścią jego gra była coraz bardziej przemyślana, a jego postać dopracowana.

THE HOBBIT: THE BATTLE OF THE FIVE ARMIES

Jednak nie zapominajmy o jednym. W „Bitwie pięciu armii”,  tak jak w poprzednich dwóch częściach, chodzi przede wszystkim o dobrą zabawę. Nie ogarnia mnie  teraz ani smutek, ani nie czuję ulgi, że to już koniec kinowych wycieczek do Śródziemia. Mam wrażenie – z perspektywy trzech części – że jeśli postanowiono by nakręcić tylko jeden film, czulibyśmy pewien niedosyt. Teraz jeśli zatęsknimy za elfami i niziołkami, zawsze możemy sięgnąć po książkę stojącą na półce.