Doctor wylądował

www2

Za nami kolejny sezon Doctora Who. Jedenaście tygodni, które trzymały nas w napięciu i udowodniły, że formuła serialu się nie skończyła, Doctor wrócił do korzeni, a punk rock ma się świetnie.

Po bardzo przeciętnym poprzednim sezonie byłam pełna niepokojów zasiadając do oglądania nowej serii we wrześniu. Co prawda ósmy sezon miał parę swoich momentów, ale nie porywał. Ratował go Peter Capaldi, choć odnosiło się wrażenie, że to nie wszystko na co go stać, że ten Doctor do końca nie jest takim Doctorem, jakiego on sobie wymyślił. Powiedzmy sobie jasno, postać Władcy Czasu nie była dobrze napisana. Scenarzyści coś przeoczyli, a Capadli dwoił się i troił, ale niewiele mógł zrobić. Do tego bardzo nierówny finał ósmego sezonu. Nie jeden raz zaczynałam pisać do BBC petycję o zmianę głównego scenarzysty na Russella T. Davisa.

doctor-who-series-9-promo-art_0

Tak jak w zeszłym roku, twórcy znów opowiadali w licznych wywiadach o niesamowitościach, jakie czekają na widzów. Tylko już to raz słyszeliśmy. Bałam się, że format zaczyna się wyczerpywać i naprawdę świetny aktor w roli tytułowej nic nie wskóra. Jakie było moje zaskoczenie po pierwszym odcinku dziewiątej serii. Zgodnie z zapowiedzią dostaliśmy odcinek godny finału. Pojawiła się wtedy iskierka nadziei, że jeśli utrzymają ten poziom, to może być naprawdę świetny sezon. Jeszcze większe był moje zdziwienie, kiedy serial z odcinka na odcinek coraz bardziej się rozkręcał i gdzieś rozpłynęły się obawy, że może coś się zepsuć. Oczywiście, nie zawsze było idealnie. Były też słabsze odcinki. Dla mnie swego rodzaju minusem było rozkładanie na samym początku historii na dwa odcinki. Jedną z zalet Doctora Who są przecież historie, które można zamknąć w czterdziestu pięciu minutach. Czasem miało się wrażenie, że scenarzyści trochę na siłę próbują rozłożyć odcinek na dwie części, aby emocje były jeszcze większe. Przykładem niech będzie dwuczęściowa historia pod wodą. „Under the Lake” i „Before Flood” spokojnie mogłyby zostać napisane jako jeden, czterdziestopięciominutowy odcinek. Najważniejsze jednak, że po napisach końcowych nie mogłam doczekać się kolejnej soboty. Dostaliśmy wreszcie trzymający w napięciu serial, którego formuła chyba nie może się wyczerpać. Było zarówno strasznie, ale też wzruszająco, choć bez patosu. Tak, jak powinien wyglądać serial przygodowy.

4097937_orig

Steven Moffat tym sezonem pokazał, że na emeryturę się nie wybiera. Zresztą teraz wielu fanów na pewno mu na to nie pozwoli. Scenarzysta miał tendencję do wykorzystywania znanych motywów, które miały być samograjami dla kolejnych serii. Niestety wychodziło inaczej. Miało się wrażenie, że Moffat nie potrafi stworzyć nic oryginalnego. Te same motywy i postaci były już męczące dla widza. Choć teraz pojawiły się postaci znane z poprzednich odcinków – na przykład Rigsy – to nie męczyły. Moffat umiejętnie brał z tego, co wszystkim jest znane, łącząc to z bardzo ciekawymi, nowymi motywami i postaciami. Puszczał oko zarówno do młodszych fanów (pojawiająca się na ekranie postać Ooda), jak i tych, którzy wychowali się na klasycznych Doctorach (wygląd TARDIS w ostatnim odcinku, czy sama idea Gallifrey).

9092228-high_res-doctor-who

Oglądając dziewiąty sezon odnosiło się wrażenie, jakbyśmy przenieśli się w czasie i oglądali klasyczne odcinki Doctora Who. Było naprawdę klasycznie tej jesieni. Począwszy od historii, po postać samego Doctora. Peter Capaldi jest największym wygranym tego sezonu. Nareszcie dostał dobrze napisaną postać, która chyba była Doctorem, jakiego sam sobie wymarzył. Zacznijmy od tego, że Peter Capaldi to świetny aktor, do tego mało wykorzystany i trochę niedoceniony. W dziewiątym sezonie Doctora daje z siebie wszystko. Nie podchodzi do roli, jak do kolejnego, jakiegoś tam serialu. Jego gra jest po prostu niesamowita. Można by wymieniać kolejne sceny, które rozłożyły widza na łopatki. Czy to jego mowa potępiająca wojnę, czy złość w odcinku „Face the Raven”, nie wspominając już odcinka „Haven Sent”, w którym dał popis gry aktorskiej. Jeden aktor, jedno, zamknięte pomieszczenie. Tylko jedna osoba mogła to zagrać. Był nią oczywiście Peter Capaldi. Jeśli nie otrzyma on telewizyjnej BAFTY za 2015 rok to się obrażę na Akademię Brytyjskich Nagród Filmowych i Telewizyjnych. Należy mu się, zasługuje, jak mało który aktor. Jego Władca Czasu nie jest zawsze uśmiechniętym kosmitą, który przybył ratować Ziemię. Jest w nim złość, waleczność, ale też jest pełen miłości i oddania, co widać w jego relacji z Clarą. Każdy chciałby mieć takiego przyjaciela.

Przed nami Christmas Special. Tu pojawia się pytanie, czy dobra passa Stevena Moffata trwa nadal. Zwiastuny dają nadzieję, że będzie to prawdziwa, świąteczna przygoda. A potem znów oczekiwania na kolejny sezon Doctora. BBC na razie milczy. W takich sytuacjach pozostaje nam nic innego, jak jeszcze raz obejrzeć ostatni sezon, tym bardziej, że dziewiąty sezon można zaliczyć do tych udanych.