Byle nie zaspać

DOCTOR WHO (S8) CHRISTMAS SPECIAL

Boże Narodzenie to taki moment, na który czeka się od 2 listopada. Bo to niezwykły czas w roku, kiedy możemy bez wyrzutów sumienia jest ciasto czekoladowe, oglądać powtórki starych filmów i wyczekiwać – niczym pierwszej gwiazdki – odcinka świątecznego Doctora Who.

Oglądając ósmy sezon można było nabawić się swego rodzaju schizofrenii. Mieliśmy świetnego Doctora (może jestem nieobiektywna, bo uwielbiam Petera Capaldiego) oraz mniej udany scenariusz. Była to seria bardzo nierówna. Dlatego bardzo się bałam, co tym razem zaserwuje nam 25 grudnia Steven Moffat.

Zgodnie z zapowiedzią, dostaliśmy prawdziwego świętego Mikołaja, Rudolfa, elfy, biegun północny. Wszystko to miało tworzyć świąteczną atmosferę. Trochę zasmuciła mnie wiadomość, że w tym roku kosmici nie będą atakować Londynu, bo jak to święta Bożego Narodzenia bez inwazji kosmitów w stolicy Zjednoczonego Królestwa? Za to mieliśmy na ekranie swego rodzaju incepcję. Od samego początku towarzyszyło mi uczucie, że gdzieś już to widziałam, a jak nie dokładnie to samo, to coś bardzo podobnego. Niestety Moffat, kolejny już raz, powtarza znane nam wątki, w tym te, których sam jest autorem. Wiadomo, że najbardziej podobają się nam rzeczy już znane, ale oczekiwałam nowych potworów, jak w czasach „Christmas Invasion”, które będą chciały zaatakować ludzkość. Zamiast tego dostaliśmy znów analizę ludzkiej psychiki. Tak, był to odcinek na skroś moffatowy. Mimo powtarzania wątków, mieliśmy w sumie niezły odcinek, który do samego końca trzymał w napięciu. Czasami aż za bardzo. W prasie pojawiły się zastrzeżenia, że odcinek był za straszny dla najmłodszych.

tumblr_nh7opbP7u21qfj2nyo1_500

Najmocniejszą stroną była – jak w przypadku ósmej serii – postać samego Doctora. Capalid chyba wreszcie odkrył jaki ma być jego Władca Czasu. W „Last Christmas” mamy już do końca zarysowaną postać Doctora. Ale to nie wszystko. Nareszcie coś zaiskrzyło między Dwunastką a Clarą. Jest ta chemia, której brakowało na początku sezonu. W bardzo wzruszającym zakończeniu widzimy dwoje przyjaciół, którzy żyć bez siebie jednak nie mogą, którzy tak pięknie się uzupełniają, mimo tych różnic i zaszłości między nimi. I o takiej relacji marzyłam. Odcinek ten daje nadzieję, że dziewiąta seria będzie jeszcze lepsza od ósemki, a to za sprawą dwóch głównych bohaterów. Można przecież stworzyć relację Doctor – towarzyszka bez flirtowania! Poza tym mieliśmy w „Last Christmas” też niezły drugi plan i bardzo sympatyczne postaci, które nie męczyły, jak to się już zdarzało w tym sezonie. Jeszcze parę pozytywów? Zabawne dialogi. To był przezabawny odcinek. Oczywiście musiało też się znaleźć, wypełnione uczuciem, „shut up”. Bo odcinek z Dwunastką, nie jest dobrym odcinkiem, kiedy nie ma „shut up!”.

tumblr_nh7ccq7wwQ1s23e9ko1_500

Wielokrotnie zarzucałam Moffatowi, że nie potrafi tak wzruszać jak Russel, a jak już to robi to w sposób niszczący naszą psychikę. Tym razem było inaczej. Po „Last Christmas” nie czułam, że rozpadam się na małe kawałki. Za to od dawien dawna naprawdę się wzruszyłam.

doctor-who-last-christmas-5-1024x576

Po dłuższym zastanowieniu muszę powiedzieć, że odcinek świąteczny Doctora w tym roku mi się podobał. Nie zmęczył mnie tak jak rok temu. Steven Moffat stworzył niezły odcinek, w którym chyba każdy mógł znaleźć coś dla siebie. Na pewno wygrał zakończeniem. Została otarta też furtka na parę wątków, które mogą zostać wykorzystane w przyszłości, co bardzo mi się też spodobało.

 

65501

A co do mandarynek. Przecież wszyscy lubią mandarynki!