Dlaczego wolałam oglądać „24 Godziny” niż czytać „Harry’ego Pottera”

12042794_833711690061304_1800840725756216527_n

Harry Potter powrócił! Powróciły też wspomnienia nieprzespanych nocy, kolejek pod księgarnią i oczekiwania na kolejną część przygód o dzielnym czarodzieju. Pytanie tylko, czy powróciła też dobrze znana magia?

Plan miałam bardzo ambitny. Czekało mnie jakieś osiem godzin podróży pociągiem. Żeby się nie zanudzić, zgrałam na iPada „24 godziny” i wrzuciłam do bagażu podręcznego „Harry’ego Pottera i Przeklęte Dziecko”. Miałam przez pierwszą część podróży przeczytać książkę, a przez kolejną oglądać – na ile bateria pozwoli – serial. Ku mojemu zaskoczeniu, okazało się, że w InterCity z Krakowa do Szczecina nie tylko były gniazdka, żeby podładować elektronikę, ale też wifi i to nawet szybkie, jak na warunki pociągowe. Ponieważ nie lubię nie realizować swoich planów, zasiadłam do lektury. Okazało się szybko, po jakiś stu stronach, że nowa część przygód o czarodziejach z Hogwartu mnie nudzi. Internet w pociągu i moja faza na seriale z Kieferem Sutherlandem nie pozwoliły mi na czytanie książki, nawet jeśli jest to powieść (a raczej scenariusz) z uniwersum Pottera. Tak, zamiast dać się porwać światu magii, dałam się porwać zagadkom w „Touch”. Nawet w drodze powrotnej, w samolocie, wolałam słuchać muzyki i z nudów przeglądać samolotową gazetkę z najpopularniejszymi kierunkami na wakacje.

Zacznijmy od kwestii, która już się pojawiła. Przede wszystkim „Przeklęte Dziecko” to nie jest powieść, a scenariusz sztuki teatralnej. Nie twierdzę, że sztuka jest zła, przecież recenzje są bardzo pochlebne. Jednak okazuje się, że to, co się sprawdziło na deskach teatru, nie musi się sprawdzić na stronach książki. Tu od razu widać przewagę oryginalnych książek o czarodziejach. Siła „Pottera” tkwiła w opisach. J.K. Rowling budowała napięcie i przede wszystkim świat magiczny, którego częścią chciał się stać czytelnik, zarówno ten młodszy, jak i starszy. Tu po prostu dostaliśmy dialogi, które opowiadają jakąś tam historię. Po prostu, zabrakło magii, jak bardzo banalnie to zabrzmi.

Co do samej historii. Ma ona potencjał i naprawdę potrafiłaby wciągnąć, gdyby nie była scenariuszem, albo oglądałoby się ją na deskach teatralnych, albo w kinie. Nie przeczę też, że pomysł historii jest zły. Wręcz podobał mi się, tylko dlaczego niektóre postaci musiały być tak irytujące?

Okazało się, że to nie historia opowiadana na kartkach książki jest najważniejsza, a to w jakiej formie zostaje nam przekazana. „Przeklęte dziecko” jest trochę jak ostatnie płyty Stinga. Z sentymentu i sympatii dla artysty kupuje się  kolejne już krążki z nowymi aranżacjami hitów The Police. Z ósmą historią z uniwersum Pottera jest tak samo. Nic by się nie stało, jakbyśmy jej nie dostali. Wolałabym obejrzeć sztukę teatralną. Pewnie bardziej przeniosłaby mnie do świata magii niż książka. Może nawet pozostałby niedosyt, a tak tylko zostało tylko rozczarowanie.

Jeśli ktoś zastanawia się po tym poście, czy może nie obejrzeć „Touch”, to podpowiadam, że warto zmarnować trochę czasu na niego.

Ku mojej radości „Fantastic Beasts and Where to Find Them” na Węgrzech grane jest zarówno z dubbingiem, jak i w oryginale. Wykorzystałam tę niepowtarzalną okazję i dzisiaj pobiegłam na pierwszy seans w języku angielskim. Recenzja niebawem pojawi się na blogu.