Co z tą dziewczyną?

Dunham2

Lena Dunham podbiła serca widzów na całym świecie. Teraz to już dobrze rozpoznawana marka, która zapomina czasem, że miała być głosem pokolenia.

Jakieś dwa lata temu, spędzając czas najlepiej jak to tylko możliwe, czyli siedząc na wielkim materacu spełniającym rolę łóżka, grając w planszówki, czytając stare tygodniki i oglądając trailery filmów, postanowiłyśmy z moją koleżanką, że musimy obejrzeć „Girls”. Serial o nas, dla nas.

Zachwytów na początku nie było końca. Oto mamy przed sobą główną bohaterkę, która chce spełnić swoje marzenia, która nie jest idealna, nie ma perfekcyjnego ciała, ale się go nie wstydzi, a do tego ma skłonność do popadania w kłopoty i kłopociki. Wreszcie postać w amerykańskiej produkcji, z kim można chociaż po części się identyfikować. Nasz nowy głos pokolenia, który liczy każdy grosz, ale nie po to, aby kupić sobie nowe, drogie, markowe szpilki, ale żeby starczyło do pierwszego. I ta atmosfera entuzjazmu towarzyszyła mi przez cały pierwszy sezon, który obejrzałam jednym tchem, zajadając lody waniliowe. Potem przyszedł drugi sezon, Lena Dunham stawała się coraz sławniejsza i odkrywała coraz to nowe karty o sobie. Jakie było moje rozczarowanie, kiedy okazało się, że Lena nie ma za dużo wspólnego z Hannah, główną bohaterką „Dziewczyn”. Czar trochę prysł, gdy okazało się na dodatek, że ten szklany sufit, który musiała przebijać, aż tak gruby nie był. Nie była przecież dziewczyną znikąd, bo wychowana w nowojorskiej bohemie artystycznej. Nazwisko Dunham było dość dobrze znane. Pomyślałam sobie, jaka naiwna byłam. Co by się stało, kiedy nieznana nikomu dwudziestoparolatka, córka nauczycieli postanowiła zostać głosem pokolenia i napisała świetny manifest? Nikt by nie zwrócił na nią uwagi.

Dunham3

Wraz kolejnymi sezonami produkcji HBO jej popularność rosła i nikogo nie zdziwiło, kiedy otrzymała propozycję napisania książki. Cena zaliczki też była niebagatelna, bo trzy miliony dolarów. W zeszłym roku do amerykańskich księgarni trafił jej debiut literacki, a od tygodnia możemy książkę czytać w Polsce. Od pierwszych stron zastanawiałam się co tak naprawdę trzymam w rękach? Czy jest to poradnik, a może autobiografia? Jeśli poradnik, to za mało w nim rad, a jak autobiografia, to część historii jest aż za bardzo nieprawdopodobna, że zaczęłam wątpić w ich prawdziwość. A może manifest feministyczny? Też nie. Zadałam sobie pytanie. Czy czegoś nauczyłam się z tej książki ? Oprócz tego, że jeśli założysz kostium lub garnitur, idąc do Wydziału Komunikacji, odrobinę przyspieszysz sprawę (duży dekolt też pomaga, a ponieważ nie wpadłam raz na taki pomysł, nie załatwiłam sprawy w Wydziale Komunikacji, jak to zrobiła dziewczyna koło mnie) oraz, że kamienie migdałkowe nazywają się kamieniami migdałkowymi (serio, nie wiedziałam do tej pory), to nie, niczego się nie nauczyłam. Przeczytałam w pociągu masę historii o problemach, z jakimi miałoby się zmagać pokolenie dwudziestoparolatek. Wiem, że Warszawa, to nie Nowy Jork, ale wciąż, coś mi nie pasowało. Zadałam sobie przy tym kolejne pytanie, czy na przykład prawdziwym problemem jest uzależnienie się od psychoterapeutów? Może prawdziwy problem to strach przed mówieniem o swoich lękach i potrzebie skorzystania z pomocy specjalisty? Lenie Dunham dużo rzeczy przyszło łatwo. Z jednej strony jej kibicuję. Jest w końcu świadomą swoich celów młodą kobietą w zmaskulinizowanym świecie, a do tego nie boi się swojego ciała. Która z nas chciałaby mieć tyle pewności siebie, pogodzić się ze swoimi niedoskonałościami? Z drugiej jednak strony epatowanie na każdym kroku, nawet na kartkach książki, swoją seksualnością i ciałem może być męczące i zrażać. Nie zapominajmy, że przecież większość z nas wychowała się w świecie zakazów i nakazów, gdzie o TYCH sprawach nie można było ot tak sobie mówić, a co do dopiero rozmawiać o seksie z rodzicami.

Dunham4

Jest to książka, którą dobrze się czyta, szczególnie, kiedy jest się dwudziestoparolatką, która chce napisać powieść, a nie otworzyła nawet arkusza tekstowego w Wordzie. Choć dużo osób liczyło na skandal, bo tak była też reklamowana książka, może mieć pewien niedosyt. Skandalu nie ma. Jednak cały czas ma się uczucie, że to już nie ta sama dziewczyna, którą chcielibyśmy widzieć, którą poznaliśmy parę lat temu w pierwszym sezonie”Girls”, a nasze problemy są tak strasznie przyziemne i nie mają za dużo wspólnego z problemami Leny i jej przyjaciółek, sprzedawczyń w drogim sklepie z ubrankami dla dzieci dla gwiazd Hollywood. Mimo tych wszystkich zarzutów dobrze, że ta książka powstała i została wydana w Polsce. Może ktoś wreszcie zacznie wsłuchiwać się, choć trochę, w zmarginalizowane pokolenie dwudziestoparolatków.

Dobrą pointą może być pewna scenka z mojego życia. Nie będzie to jednak nic szokującego i nieprawdopodobnego. Tego samego roku, co postanowiłyśmy oglądać „Girls”, siedziałyśmy z tą samą koleżanką na przystanku i czekałyśmy na mój tramwaj do domu. W pewnym momencie podeszła do nas ankieterka z MPK i zaczęła zadawać mi pytania, które miały w przyszłości usprawnić funkcjonowanie transportu publicznego w Poznaniu. Do celów statystycznych musiała zapytać mnie między innymi o wiek oraz o jeszcze jedną rzecz:

– Studiuje pani, pracuje?

– Studiuję – odparłam, a do obrony powoli odliczałam nie miesiące, a tygodnie.

– Ale wkrótce będzie bezrobotna – dodała szybko moja koleżanka.

Ten dialog bardziej oddaje to, co kłębi się w naszych dwudziestoparoletnich głowach; nasz strach i problemy, inne niż problemy Leny Dunham, czy starczy jej na karcie kredytowej, żeby polecieć do swojego ostatniego chłopaka do Los Angeles. Jak mam wybierać czwarty sezon „Girls” i czekać na trzecią serię „My Mad Fat Diary”, to wolę poczekać na Brytyjczyków.