Rollercoaster 2016

collage 1

Koniec roku, to początek podsumowań. 2016 rok nas nie oszczędzał. Mijające 366 dni to był istny rollercoaster, który nie raz wystawiał nas na próbę.

Ten rok zaczął się niebywale smutno od wiadomości o śmierci Davida Bowiego. Nikt wtedy nie spodziewał się, że będzie to tak tragiczny rok w odejścia tych wielkich, ukochanych. David Bowie, Alan Rickman, Prince, Leonard Cohen, George Michael. Lista jest tak długa, że serce pęka od wymieniania tych nazwisk. David Bowie nie odszedł od tak, po prostu. Swoje pożegnanie zapisał na wydanej w urodziny artysty płycie „Blackstar”. Jest to jedyny album, na którym nie ma na okładce wizerunku artysty. To nie tylko płyta-pożegnanie, to przede wszystkim dobry album z elementami jazzowymi.

bowiestar

To była niejedyna wyśmienita płyta tego roku. Można powiedzieć, że rok muzycznie zaczął się od wysokiego C, od rewelacyjnej płyty Bowiego. W 2016 roku płytę wydali: Radiohead, Bon Iver, Leonard Cohen, Nick Cave & the Bad Seeds czy Frank Ocean, Sting. A to tylko paru wykonawców, z bardzo długiej listy, którzy w jakiś sposób zapadli mi w pamięć.

Zimowy sezon to jak zwykle czas nagród filmowych. Tym razem wszystko i wszystkich przyćmił Oscar dla Leonarda Di Caprio. Aż niewiarygodne, że w końcu tego Oscara dostał. Jednak nie tylko Leo dostała ważną nagrodę. W tym roku komitet noblowski postanowił przyznać Literacką Nagrodę Nobla Bobowi Dylanowi. Był szok i niedowierzanie oraz wielka radość (moja). Mogę się chwalić teraz, że byłam na koncercie laureata Nagrody Nobla. Co prawda z tego koncertu zachowało mi się jedno niewyraźne zdjęcie. Bilet się gdzieś zagubił, nie wiem w jaki sposób, bo wszystkie bilety trzymam w jednym opakowaniu.

Na pewno 2016 rok był rokiem bardziej i mnie udanych filmów i seriali. Skupię się jednak na tych produkcjach, które mi zapadły w pamięci, i które oglądałam. Dobrych seriali wydaje mi się, że było więcej, albo po prostu te złe wymazałam z pamięci. Zima przyniosła nam „The Night Manager”, po którym zamarzył mi się Tom Hiddlestone w roli Jamesa Bonda. To było sześć odcinków, które oglądało się z wielką przyjemnością i frajdą. Skończył się „The Night Manager” i nie traciłam czasu, bo zaraz potem Netflix wypuścił czwarty sezon „House of Cards”, który był lepszy od poprzedniego. Nie był to jedyny serial polityczny tego roku. ABC postanowiło stworzyć swoją odpowiedź na HoC i wyprodukowało „Designited Survivor”. Jeśli ktoś chce zobaczyć przeciwieństwo Franka Underwooda, albo ma dość polityków bez skrupułów, powinien postawić na Toma Kirkmana, w którego wciela się Kiefer Sutherland. Co prawda opinii o tym serialu jest wiele. Nie wolno zrażać się do serii, trzeba dać jej szansę. Jak już dojdziecie do dziesiątego odcinka, to nie będziecie mogli doczekać się kontynuacji w marcu.

houseofcard4
Netflix w tym roku zdecydował się na poszerzenie swojej oferty serialowej o produkcje zrealizowane poza USA. W ten sposób powstały dwa seriale europejskie. Jedna gorsza, druga znakomita. Zacznijmy najpierw od tej gorszej. „Marseille” miało być francuskim „House of Cards”. Zamiast Franka Underwooda, mieliśmy męczącego się Gerarda Depardieu w roli mera Marsylii, któremu los miasta leży na sercu. Do tego sporą ilość palonych papierosów w pomieszczeniach, mecze z PSG i dużo seksu. Ot, francuski sposób na serial. Ku zdziwieniu krytyków zdecydowano się na drugi sezon.

Znakomitym ruchem Netflixa była za to „The Crown”. Serial przede wszystkim piękny wizualnie, dobry aktorsko. Rodzina królewska nie została przedstawiona w sposób cukierkowy, rodem z produkcji BBC. Mamy na ekranie prawdziwych ludzi z ich wadami, potknięciami, żądzami. Nie był to jednak jedyny serial królewski tego roku. ITV w odpowiedzi na zapowiadaną „Koronę” i po zakończeniu „Downton Abbey” nakręciła „Victorię” z Jenną Coleman w roli młodej królowej. Serial momentami wciągający, momentami męczący. Wielkim plusem były na pewno oczy Rufusa Sewella.

Jak widzicie, seriali było sporo, a nie wspomniałam jeszcze o „Westworld” czy „Stranger Things”, które powinny znaleźć się na każdej liście „Must see 2016”. Jeśli ktoś nie chciał spędzać czasu przed telewizorem czy w kinie, mógł przeczytać „Harry’ego Pottera i Przeklęte Dziecko”, które w sumie zawiodło na wielu polach.

13509042_10154164710255359_2675460079769083612_n

Nie samymi serialami człowiek żyje. Jeśli już jesteśmy w brytyjskim kręgu, nie sposób nie powiedzieć nic o Brexicie, którego miało nie być, a jednak był. Podobno skutki wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej Brytyjczycy będą odczuwać do 2030 roku, a może nawet dłużej. Brytyjska scena polityczna dawno nie widziała takiego zawirowania. David Cameron śpiewająco (dosłownie) podał się do dymisji. Wszyscy zastanawiali się kto obejmie jego stanowisko. Na giełdzie nazwisk pojawił się nawet Larry, kot mieszkający przy Downing Street 10. Zresztą to był też rok kotów na Wyspach. Do Larry’ego dołączył Palmerstone. W grudniu natomiast do tej wesołej ferajny dołączyły kolejne dwa koty – Evie i Ossie.

2016 rok obfitował w wiele wydarzeń zarówno tych smutnych, jak i trochę bardziej optymistycznych. Teraz trzeba poczekać i zobaczyć, co przyniesie 2017 rok. Może nowego kota na Downing Street?