Pod górę i po brukach

tour-de-france

Zaczyna się Tour de France, coroczne święto fanów kolarstwa, tych bardziej oddanych tej dyscyplinie i tych bardziej niedzielnych. Jedno jest pewne, kolarstwo ma coraz większe rzesze fanów, bo jest to sport, który przyciąga jak magnes.

Przyznam się też do jednej małej rzeczy. Ukulturalniania średnio mi ostatnio szło, a to wszystko przez koniec semestru czy pisanie pracy magisterskiej. Mimo to, nie mogłam sobie odmówić jednej z moich ulubionych rozrywek, czyli czytania. Z tej okazji nawet spędziłam poniedziałek bez komputera (nie licząc tego w radiu i sprawdzenia poczty w komórce), dzięki czemu mogłam podgonić „Tour de France jako przedstawienie kulturowe” Jakuba Papuczysa. I jak się możecie domyślić, dzisiejszy wpis będzie poświęcony kolarstwu, ale nie samej Wielkiej Pętli, bo o niej napiszę więcej bliżej już samego wyścigu, a na wspólne napisanie jednego posta umówiona jestem z tatą od paru miesięcy.

article-2177249-142B3AAF000005DC-28_634x445

Jeśli wpis o kolarstwie, to musi być sir Bradley Wiggins

Ten wpis będzie poświęcony moim ogólnym przemyśleniom na temat kolarstwa, bo parę rzeczy w ostatnim czasie skłoniło mnie do pochylenia się nad jedną z moich pasji. Przede wszystkim wspomniana książka, którą niedawno przeczytałam. Po drugie, jak już wspomniałam o wspomagaczach, to kolejny raz trafiłam w telewizji na dokument „Lance Armstrong. Nie cofnę się przed niczym”. Na dodatek parę tygodni temu do sieci trafił zwiastun filmu „The Programme” w reżyserii Stephena Fearsa (wyspiarski akcent), w którym w postać Davida Walsha wcielił się Chris O’Dowd. Ale dość o doping, bo potem wszyscy mi mówią, że oglądam koksiarzy i wszyscy i tak na dopingu, więc bez sensu i gry zespołowe są fajniejsze, bo tam nikt nie bierze (na pewno?). Przyznaję, po wielkiej aferze dopingowej Armstronga poczułam się oszukana. Nie mogłam patrzeć na stojące na półce książki o nim. Jak większość z fanów kolarstwa, uwierzyłam w jego magię.

col-tourmalet-1

Ktoś może spytać, co jest takiego fajnego w oglądaniu szprycujących się facetów jadących przez pięć godzin na rowerach? Wszystko. Po pierwsze doping jest praktycznie we wszystkich dyscyplinach, nawet w brydżu sportowym i bilardzie. Tak bardzo wytrzymałościowy sport jak pływanie jakoś sobie poradził z opinią sportu na dopingu, to wierzę w to, że i kolarstwu uda się oczyścić. Przyznaję, że kiedy oglądam wjeżdżającego na Tourmalet czy Mont Ventoux kolarza, po którym nie widać cienia zmęczenia od razu mam podejrzenia, że może EPO, albo przetaczanie krwi pomaga mu wjechać bez problemu na sam szczyt. No i znów zrobiło się o dopingu. Teraz już na pewno koniec o nim. Mam wytłumaczyć, co jest pięknego w jeździe parę godzin na rowerze. Wyścigi są różnorodne. Od jednodniowych klasyków w kwietniu, po wielkie toury w lecie, po mistrzostwa świata, które są świętem u nas w domu. Dla mnie kolarze są swoistego rodzaju współczesnymi rycerzami, którzy mierzą się z własnymi słabościami. A do tego kibicowanie! Kolarstwo jest jedną z tych dyscyplin, gdzie nie trzeba płacić drogich biletów, żeby dostać się na stadion i móc kibicować ulubionej drużynie. Wystarczy stanąć przy drodze, aby stać się częścią widowiska, aby spojrzeć na podjazdach swoim idolom prosto w oczy. To jest magia. O tej magii kibicowania na żywo będzie osobny wpis.

paris_roubaix_3_hi

Paris-Roubaix, mój ulubiony wyścig kolarski, o którym można napisać osobny wpis

Powoli nastawiam się już na coroczne święto, jakim jest Tour de France. Choć przyznaję, że mam jakąś większą słabość do wiosennych klasyków, a szczególnie do wyścigu Paryż-Roubaix. Kiedy spytałam taty, dlaczego lubi kolarstwo, odparł, że to trudne pytanie i nie wie, że to miłość od dzieciństwa. Chyba muszę odpowiedzieć na postanowione przeze mnie pytanie tak samo. Nie wiem, po prostu miłość od dziecka. Bo jak tu nie kochać kolarstwa i swojego roweru?